7/10/2015

Rozdział 3

 "Nina i burza - prawie to samo"


     - Naprawdę? Nie mogłaś nic lepszego zrobić, bardzo ci dziękuje! Takiej odpowiedzi oczekiwałaś? - Charles - ogrodnik i nasza złota rączka, od rana darł koty z Niną. - Zepsuć zamek w drzwiach, nie lepiej było od razu całe drzwi wyważyć? - schodząc na parter odruchowo powiedziałam "Dzień dobry", nastała chwilowa cisza. - Dzień dobry. - mruknął zdenerwowany. - Błagam ciebie, postaraj się niczego nie zepsuć już. - podniosłam brwi zdumiona faktem że taka mała, z wyglądu miła dziewczynka potrafi...
- Cześć Angie! - najwidoczniej moja siostrzenica miała wręcz odwrotny humor. Cała promieniała. Po przepełnionym uczuciami uścisku chciała chyba coś dopowiedzieć, lecz przeszkodziła jej komórka. - Przepraszam to Federico. Halo? Hej! Tak właśnie miałam zadzwonić... - odeszła w stronę tarasu przyciskając do ucha telefon. Przypomniał mi się jej uśmiech przed chwilą i niekontrolowanie zaczęłam szczerzyć się do tosta z dżemem. Nim zdążyłam go ugryźć, ktoś mi go wyrwał z ręki.
- O dzięki. Wracając! To nie moja wina że nie powiedziałeś mi jak się wkłada klucz. Te drzwi miały coś w sobie takiego że pewnie to nawet nie moja wina, tylko same się uszkodziły.
- Zapowiada się super. - szepnęłam próbując zachować dobry nastrój w sobie

      Głęboki westchnienie Olgi dało mi do myślenia że zaraz pora na rozmowę. Rozwieszała właśnie mokre pranie. Widziałam jak powoli marszczy jej się czoło, może przez to rażące słońce dzisiejszego dnia? Letnia pogoda dawała znaki, a ja siedząc na ławeczce w ogrodzie pałaszowałam słodkiego rogalika. 
- Wiesz co Angie? - podniosłam brwi do góry, jakby zaskoczona tak nagłym pytaniem. - Ona jest tu od w sumie półtora dnia, a już powoli nie wytrzymuję! Ah... - usiadła obok pozostawiając ciuchy w przyozdobionej kwiatkami, złotej misce. - Dzisiaj nie dość że zepsuła zamknięcie w wejściu głównym to jeszcze wsunęła moje ciasto, zostawione specjalne dla Violetty. Ale to jeszcze nic, musiałam prać te ubrania z 5 razy, a wiesz dlaczego? - miałam rozchylić usta, ale nawet do tego nie zdążyłam dojść. - To ja ci powiem! Wsypała do kosza jakiś kolorowy proszek, który zostawił na wszystkim ohydne żółte plamy. Dobrze znam historię tej małej... - Olgo czy nie chciałabyś mi uchylić rąbka tajemnicy? - Ale to jest po prostu do niewytrzymania! Posłuchaj kiedyś była z niej...
- Tak, akcje charytatywne! Sama w to nie mogę uwierzyć, ale spokojnie. Nigdzie się nie wybieram! Spoko Germit, zostanę aby rozweselić twoje jakże nudne życie moją osobą. - o wilku mowa! Czy ona musi tak głośno gadać o swoim sprawach?
- Musisz coś znaleźć i odrobić te 72 godziny. Weź to na poważnie. Musisz się za to zabrać. - przysłuchiwałam się tak tej "niesamowicie" ciekawej rozmowie. Mój wzrok od niechcenia przeniósł się na basen. Muszę chyba wybrać się na plażę, oczywiście jak naprawią co trzeba. - Nie chcesz żeby ciebie stąd zabrali? To skup się na tym co możesz zrobić w tej sprawie. - Niestety drugie wyjście też zostało jakby nieprzydatne, German zaczął coś modzić i nie mamy dostępu do świata za bramą. - Nie pomogę ci, bo... Bo mam strasznie dużo pracy...
- Ja z tobą pójdę. - palnęłam bez sensu. Nie pałałam szczególną miłością do niej, ale może gdy choć trochę się zbliżę, będę umiała ją zrozumieć. - Znajdziemy jakiś ośrodek w którym potrzebują wolontariuszy. - dokończyłam dalej gdy ujrzałam zdziwione spojrzenia pana domu i gosposi. 
- Em, Angie, możemy porozmawiać. - wtrącił się do rozmowy mój szwagier. Odeszliśmy trochę dalej, w sumie powoli spacerując. - Jesteś pewna że chcesz... - na chwilę jakby się zaciął. - Chcesz się tego podjąć? Wiesz... Nina jest bardzo... Bardzo specyficznym dzieckiem. Ma swoje humorki. Różne pomysły jak widzisz. - skrzyżował ręce na klatce piersiowej patrząc na mnie niepewnym wzrokiem. Sądzi że nie dam sobie rady?
- Sądzisz że nie dam sobie rady? - słowa obijające mi się w głowie przeniosły się do ust. 
- Nie po prostu boję się o ciebie, nie chcę aby ci się coś stało. Nie mówię że jest jakaś straszna, ale ma tendencję do robienia naprawdę głupich rzeczy...  - możliwe że mi się zdawało, ale w jego głosie było słychać przejęcie. Co miałam odpowiedzieć? "Oh jak miło że się martwisz, bla, bla, bla..."? Czy w ogóle miałam coś odpowiedzieć? Zostawiłam to bez komentarza, patrząc mu w oczy. Nie czułam się niezręcznie w tej sytuacji a milczenie nie sprawiało że czas mi się dłużył. Już chyba zapomniałam co krył w sobie, w tych swoich czekoladowych oczach. 

     Nad czym się zastanawiasz? Nie zastanawiaj się nad tym! Wyrzuć z głowy ten widok, nie Angeles nie tym razem! Na szczęście ślusarz prędko załatwił sprawę zamka i mogłyśmy wreszcie wyjść.
- Gdzie idziemy? - ciągnęła się za mną ślimaczym krokiem. - Daleko jeszcze? - to jęczenie zaczęło powoli sprawiać że wkraczam w stan poirytowania. Tak, moim kłopotem nie była tylko temperatura, która prażyła moje ciało. Przeszliśmy dopiero 20 metrów a już czuję niecierpliwość ze strony Rawlison. Przynajmniej dowiedziałam się jak ma na nazwisko. 
- Nie mów że już wymiękasz. - poukładam sobie taktykę w głowie. - To jest niewielki kawał drogi, bynajmniej dla mnie. Mogłaś mi powiedzieć że chodzenie jest dla ciebie za trudnym zadaniem, wzięłabym taksówkę. - podniosła energicznie głowę do góry. Mój plan chyba zaczyna rozkwitać.
- Ja? Że niby nie dam radę? Co? Ty, ty, ty sobie nie pozwalaj. Że chcesz mi pomóc to spoko, fajnie, super ok. Yhym. Ale nie mów taki słów ogej? Rozumiemy się? - dziękuje, jestem genialna. Ani słowem się już nie odezwała, oczywiście w sprawie gdzie wyruszamy. Próbowałam nawiązać rozmowę ale zignorowała mnie na starcie, twierdząc że takim osobom jak ja nie powiedziałaby nawet jakie owoce lubi. Definitywnie będzie to długa walka. Ona założyła słuchawki do uszu idąc delikatnie z tyłu, mówiąc że woli się przy mnie nie pokazywać. Powinnam zignorować uczucia jakie mi doskwierały słysząc coś takiego. Musiałam czymś zająć głowę, aby przestać się przejmować. 
- Martwię się oczywiście, bo jesteśmy rodziną. 
- Jasne, wiem. - szepnęłam, tak jakbym jeszcze z nim rozmawiała...
     - Jesteśmy! - zawołałam trochę zbyt entuzjastycznie. Mina blondynki mówiła sama za siebie.
- Gdzie ty mnie zaprowadziłaś? Na żywą akcję grobnicy? - wybuchnęła śmiechem. 
- Na co? - zagubiłam się w tym slangu. Powinnam chyba o tym coś poczytać. Niedługo nie będę rozumiała Violi.
- Grobnica to takie miejsce gdzie umierają ludzie, wzięło się to z takiego filmu. Widać że jesteś nieco (bardzo) zacofana. Posiedź trochę w internetach bo się nie dogadamy. - prychnęła mierząc mnie wzrokiem. O nie! To mi się akurat nie spodobało...

     Jakim cudem? Nie mam pojęcia jak, lecz weszła ze mną do środka z zaciśniętymi zębami. - Super, będę pomagać starym, zgorzkniałym kapciom. Dzięki! Wiesz co, to ja wolę wrócić do Polski. - miała zamiar zrobić krok w tył, a mój refleks na to nie pozwolił. Chwyciłam ja za ramię. - Nie dotykaj. - warknęła niezadowolona z tej sytuacji. Hej! Od jakiś 45 minut próbuję jej pomóc i nic. Też nie za bardzo mi się podoba wizja tego, aby pewna nastolatka co kilka sekund narzekała na mnie. 
Wyciągnęłam papiery z torebki wręczając je kobiecie za ladą. Umówiłyśmy sprawę wolontariatu i mogła zaczynać nawet od teraz! Świetnie, gdyby nie to że ona bardziej przejęłaby się tym iż ma za mały level w grze, niż biednym staruszkiem....
Wszystkie instrukcje dostała od Merlina - założyciela domu starców. Ciągle przypatrywałam się Ninie jak reaguje na dyktowane jej polecenia. Byłam zdumiona tym że nawet nic nie skomentowała i nie próbowała pyskować mężczyźnie. Może niezbyt szczęśliwa do tego podeszła, ale zaczęła pierwsze minuty "harówki". 

     W powrocie (uwierzycie że dotrwała do końca? Poszło zbyt łatwo...) do domu, ponownie do uszu wcisnęła dwie słuchaweczki i puściła piosenkę z telefonu. Wiedziałam to, gdyż słyszałam jak muzyka umyka na zewnątrz. Zabrzmiały ciche wersy "Can't hold us". Albo mi się wydawało, albo Ninie malował się banan pod nosem. 
- Widzę że ktoś tu ma dobry humor. - pociągnęłam delikatnie za niebieski kabelek, wyjmując pchełki. 
- Możesz mnie łaskawie zostawić tak? Zrobiłam co trzeba, szczęśliwa? Musiałam jeszcze tego faceta słuchać jakbym nie wiedziała, jak to się robi. Przecież wiem, a on gada i gada, i gada. Buzia mu się nie zamyka, normalnie jak Oldze, tylko że mu wychodzi to akurat lepiej. I-dy-ky tak jakoś... Powiem ci że jak na nieogolonego goryla, to umie przemówić do człowieka! Chyba trochę przesadziłam z tym gorylem... Pasuje raczej jak już... 
- Podoba ci się! - wypaliłam. - Merlin ci się spodobał, dlatego byłaś taka posłuszna! - rozwikłałam zagadkę, dzień dobry, Angeles Carrera i tak przyjmę tego nobla. 
- Co ty tam do mnie się seplenisz? - atak z jej strony delikatnie drgnął moje serce. - Z tobą to rozmawiać, tak Ąszi tak. Super, myślisz że spodobałby mi się ktoś taki...
- Taki? - podkreśliłam. Mina naburmuszonej czternastolatki skłoniła mnie do milczenia. Zachichotałam pod nosem. Czuję się jak Sherlock Holmes! W wersji nowoczesnej. - Co?
- Uwierz mi że jeśli będziesz rozgadywać tą swoją bzdurę, ze świata science fiction to pewnego ranka, nie obudzisz w swoim pokoju. - mam to traktować jako groźbę? Jeśli już mówimy o gatunkach filmowych, ten tekst zabrzmiał jak z taniego dramatu.

Na kolację zebrali się wszyscy domownicy, już dawno nie widziałam takiego składu wieczorem. Vilu zawsze uciekała do Camili lub Francescy, do Germana co chwilę dzwonili budowlańcy, Ramallo chował się u siebie w domu obliczając cyferki pana domu a Olga... Olga miała swoje seriale. Mi nie przystało samotnie jeść, dlatego coraz rzadziej jadałam gdy się ściemniało.  Miejmy nadzieję że nie jest to jednorazówka. O uszy obijał mi się wyłącznie dźwięk uderzanych sztućców o talerze. Znasz to? Kiedy cieszysz się na rodzinę w komplecie i da się słyszeć wokół was tylko wirującą w locie muchę? Chciałam to przerwać, myślę że wszyscy chcieli przekłuć ten balon milczenia ale po prostu nie mogliśmy. Coś jakby blokowało nasze gardła. Sytuacje tak naprawdę uratował (jednak) pan Castillo. Zaczął dopytywać swoją bratanicę o to czy coś znalazła, czy dobrze jej poszło, czy nic nie zniszczyła, czy nikogo nie otruła...
- Było całkiem nieźle... - kącik ust natychmiast mi podskoczył do góry. Nie mogłam zapomnieć o moich domyśleniach i każdy moją zauważył rozweseloną minę . - Ekhem. - jej ciężki but ponownie spotkał się z moją stopą. Powstrzymałam napływającą łezkę. Nie wiem czy Merlin lubi kobiety (w tym przypadku dziewczynki) z tak napierającym na psychikę (i stan fizyczny) humorkiem. Nie powstrzymałby się raczej od stwierdzenia, że jest ona też niezbyt taktowna. 

Pomagając gosposi ogarnąć stan po posiłku zaczepiła mnie Rawlison.  - Uważaj żeby ci się czasem coś nie wymsknęło głupiego, niż zazwyczaj. - posłała mi "przemiły" uśmieszek i powędrowała do siebie. Powinnam mieć co do swoich stwierdzeń wątpliwości? Gdyby nie była to prawda, zapewne nie byłoby tego oburzenia. Westchnęłam cicho, wciskając pomiędzy inne naczynia talerze. 
- Angie... - mała uwaga na przyszłość: możesz do mnie podejść z głośnikiem nastawiając mi go do ucha i krzycząc że nie słyszysz. Ale nigdy w zupełnej ciszy nie wymawiaj mojego imienia, cała wtedy sztywnieje a po chwili mam ochotę tego kogoś palnąć czymś twardym. Z moich rąk wyślizgnął się talerz upadając na podłogę, o dziwo nie rozbił się na kafelkach, tylko na chwilę mnie ogłuszył. - ................................. - zmarszczyłam czoło unosząc wzrok na winowajcę. Lisandro wyręczył mnie, podnosząc porcelanę i wkładając ją na właściwe miejsce. 
- C-co? Przepraszam, nie słyszałam przez ten hałas. - schowałam za ucho niesforny kosmyk włosów, przymykając zmywarkę. - "Głuchnę" przez moment - nie mogę się skupić na niczym innym niż na... - naprowadzając wzrok na jego twarz zauważyłam delikatny uśmiech malowany nieznaną kredką. - O co chodzi? Ubrudziłam się gdzieś? - automatycznie dotknęłam opuszkami palców polik. 
- Nie po prostu zauważyłem, że jak się tłumaczysz to zawsze się czymś stresujesz. Zastanawia mnie jedno... Mylę się czy nie? - oparł się o kamienny blat narożnika. - Stresujesz się czymś, Angie? -  Chyba nie do końca był świadomy tego co mogłabym mu odpowiedzieć. Nim zdążyłam wydać z siebie jakikolwiek głos niebo jakby ostrzegło mnie - dając ujście piorunom. Sklepienie niebieski rozbłysło na moment i na chwilę ściemniło się, by za moment znów rozświetlić się na nowo. Cofnęłam się zaskoczona takim obrotem akcji ze strony pogody. - Boisz się? 
- Wiesz co to zabawna historia, kiedyś ci opowiem. - wybąkałam nerwowo nie mogąc opanować oddechu. 

- Violetta spokojnie, jest dobrze, to tylko kilka błyskawic uderzających o ziemię, mogących ciebie zabić... 
- Dzięki Angie, to bardzo mi pomogło. - ciemne jak atrament niebo co pewien czas grzmiało, dając ponury charakter tej nocy. - Angieeeee! - okryta kocem wtuliła się we mnie zaniepokojona. Nim się obejrzałam, siedziałam na ziemi opatulona cienką kołdrą a niedaleko nas leżały kubki z kakaem. Nie powiem to sprawiło że poczułam się odrobinę lepiej, ale czegoś mi tutaj brakowało... 
- Nadal mnie zadziwiacie. - widząc JEGO opierającego się o framugę drzwi zakało mnie. Szatynka pociągnęła swojego tatę na ziemię wciskając go pomiędzy nami. - Silna to ty jesteś córeczko, o mało co nie zdarłaś ze mnie tej koszuli... - jeszcze tego by brakowało. - Nie przesadzacie zbytnio? - zachichotał (jak to dziwnie brzmi. Mężczyzna zachichotał.) Kolejny grzmot i natychmiastowo przytuliłam się do inżyniera jak do pluszowego misia w wieku 5-16 lat. Mój nos trącił zapach wody kolońskiej. Nie przeszkadzało mi to, wręcz odwrotnie. Objął nas swoim ramieniem wzdychając rozbawiony. - Kiedy dorośniecie...?


-----------------------------------------------------------------------
Humor mi się zmienił to i rozdział też inny od 2 :D
Z tego jestem zadowolona nawet xd
Liczę na komentarze :c
Plose.
Ja chcę wiedzieć co o tym myślicie.
Napiszcie komentarzyk <3 xd
No.
Pamiętaj.
Komentarzyk.
No.
Czekam na opinię.
No. xd
Do następnego!
Hej! 
♪♫►Nefii◄♫♪

2 komentarze:

  1. Podoba mi sie! Dawaj laska nexta! <3
    ~Clari

    OdpowiedzUsuń
  2. Fajnie piszesz :D szybko sie czyta ;) i ciekawe bardzo. Czekam na next

    OdpowiedzUsuń

Twój komentarz daje mi szczęście. :)

Obserwatorzy

Layout by Yassmine